Zamknij

COVID bije w przedsiębiorców. Niektórym trudno się podnieść

14:48, 12.06.2020 | JT
Skomentuj Choć firmy otwarto, to ich sytuacja nie jest zbyt radosna. Wszędzie jest mniej klientów, a koszty wzrosły
REKLAMA

Tarnogórskie firmy dostały w kość z powodu epidemii. Nawet teraz, gdy powoli wraca normalne życie, przedsiębiorcy muszą uważnie oglądać każdą złotówkę, bo zagrożenie nie minęło.

Ewa Brożyna, współwłaścicielka restauracji Sherlock w Tarnowskich Górach mówi, że wprowadzone w połowie marca zakazy mocno uderzyły w jej firmę. Restaurację dla gości zamknięto 15 marca. Od tej pory można było sprzedawać jedynie na wynos. – To trochę pomogło, ale gotowanie na zamówienie dało nam najwyżej 20 procent przychodów sprzed epidemii – mówi restauratorka.

Czy teraz jest lepiej? Klienci powoli wracają. Należy jednak pamiętać, że w restauracji trzeba stosować się do obostrzeń związanych z wciąż obowiązującymi przepisami o stanie zagrożenia epidemią. Restauratorzy zostali zobowiązani do zmniejszenia liczby stolików tak, aby osoby mogły zachować bezpieczny dystans. W przypadku tarnogórskiej restauracji jest to ograniczenie liczby miejsc o połowę.

To nie wszystko, bo dodatkowe koszty generuje sam reżim sanitarny. Obowiązkowe są płyny do odkażania, dezynfekcja pracowników i inne tego typu działania. To pociąga za sobą dodatkowe koszty. Przed wybuchem epidemii ich nie było. Teraz są i trzeba się z nimi liczyć.

Podobnie twierdzi Krzysztof Koszowski, właściciel salonu fryzjerskiego w Tarnowskich Górach. Tam środki do odkażania stosowano i przed epidemią, takie były wymogi wobec narzędzi fryzjerskich, ale koszty tego były o wiele mniejsze. – Butla płynu do dezynfekcji kosztowała 45 złotych. Jak zaczęła się epidemia, cena poszła w górę o 100 procent i więcej. Teraz co prawda powoli spada, ale i tak koszt daje się we znaki – mówi Krzysztof Koszowski i dodaje, że drogie są inne materiały, np. jednorazowe pelerynki dla klientów.

W tym biznesie także wprowadzono ograniczenia. Ich skutkiem jest to, że nie można obsługiwać klientów na wszystkich stanowiskach. W salonie czynne jest co drugie. Skrócono także czas pracy poszczególnych pracowników. To wszystko odbija się na przychodzie. – Podnieśliśmy cenę usługi, dla panów o 5 zł, dla pań o 10 zł. Ale tu trzeba zachować ostrożność, bo klienci będą szukać tańszej usługi u konkurencji – mówi dalej właściciel salonu.

Zakład był nieczynny do 18 maja. Na ten czas miasto (lokal, w którym jest salon stanowi własność miasta) odroczyło opłatę czynszu. Teraz można się ubiegać o jego umorzenie. – Udało mi się nie dopuścić do zwolnień pracowników, ale sytuacja w firmie, delikatnie mówiąc, daleka jest od idealnej – kończy.

Hotel Opera w Tarnowskich Górach zamknięto w marcu. Był nieczynny do maja, ale, jak mówi menedżerka Opery Sonia Kacprzak, sytuacja w branży jest bardzo zła. Od dnia ponownego otwarcia w hotelu wynajęto zaledwie kilka pokoi. Zazwyczaj spora część gości tarnogórskiego hotelu to obcokrajowcy. Skoro granice są zamknięte, goście nie przyjeżdżają. Brak gości odbija się także na restauracji. Co z tego, że może być czynna, skoro nie ma klientów. – Dokąd granice nie zostaną otwarte, nie mamy co liczyć na gości, a więc na wpływy, a koszty rosną, bo coraz droższe są opłaty za prąd, gaz, wodę, wywóz nieczystości. Dopiero teraz dostaliśmy z miasta decyzję o zwolnieniu nas z podatku od nieruchomości. Od ogłoszenia stanu epidemii płaciliśmy normalnie – mówi Sonia Kacprzak.

Nagłe zamknięcie hotelu wraz z restauracją spowodowało także inne straty. W chłodniach, lodówkach itp. zostały produkty. Część z nich straciła przydatność do spożycia. Przeterminowało się m. in. piwo, napoje, wędliny. Dostawcy nie przyjmują zwrotów, więc każdy dzień oznacza ryzyko, że terminy przydatności kolejnych produktów będą upływały.

W firmie nie obyło się bez zwolnień. Sonia Kacprzak mówi, że hotel stara się je ograniczyć. Na ile to będzie możliwe?

Gabriela Głąbica, zastępca prezesa Spółdzielni Mieszkaniowej Gwarek mówi, że epidemia namieszała spółdzielni w szykach. Trzeba było przeorganizować plan robót. Pracownicy wykonywali remonty we własnych zasobach, w domach kultury na osiedlach "Przyjaźń" i na Osadzie Jana. Na szczęście póki co nie zmniejszyły się wpływy z czynszów od mieszkańców. Spółdzielnia zanotowała jednak spadek wpływów z tytułu najmu lokali użytkowych.

Zdaniem pani prezes właścicieli firm gospodarujących w zasobach spółdzielni trzeba chronić, by zatrzymać ich na przyszłość. Nie wszyscy jednak przetrwali początek kryzysu. Z działalności w lokalach Gwarka zrezygnowało kilku przedsiębiorców.

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz