Zamknij
REKLAMA

Jak co rano szedł do pracy. Zabójca czekał na niego za mostem na Granicznej Wodzie

19:59, 24.06.2022 | Krzysztof Garczarczyk
REKLAMA

30 marca 1895 r. Lorenz Ksienzyk z Nowej Wsi koło Tworoga, jak co rano szedł do pracy w cukrowni w Brynku. Zabójca czekał na niego za mostem na Granicznej Wodzie. Padły dwa strzały. Jedna kula trafiła Ksienzyka w ramię, druga w brzuch. Ciężko ranny dowlókł się do pobliskiej zagrody Grunera, który wsadził go na wóz konny i zawiózł do domu. Umarł o 12.15 po południu. Przed śmiercią został jeszcze przesłuchany przez Stahra, wójta Tworoga.

W styczniu 2016 r. minęło 120 lat, gdy na więziennym placu w Bytomiu odbyła się egzekucja trzech mężczyzn. Jednym ze skazańców, którym kat z Wrocławia ściął głowy na gilotynie, był niespełna 43-letni Karol Sobczyk, zwany Rabsikiem, słynny kłusownik, o którym szeroko rozpisywały się ówczesne niemieckie i polskie gazety. Został ścięty jednak nie za nielegalne zabijanie zwierzyny, ale pozbawienie życia trzech ludzi.

Jednym z nich był wspomniany Lorenz Ksienzyk. Miejsce, w którym otrzymał śmiertelne rany upamiętnia do dziś kapliczka zawieszona na drzewie, tuż przy Granicznej Wodzie, pomiędzy Nową Wsią a brynkowskim przysiółkiem Cegielnia.

Nadrzewna kapliczka nad Graniczną Wodą przypomina o miejscu, w którym Karol Sobczyk śmiertelnie ranił Lorenza Ksienzyka

Kim był  morderca?

Karol (Carl) Sobczyk urodził się w Tworogu 27 kwietnia 1853 r. Był synem Franza i Marii z domu Riba.  Sławy zażył już podczas służby wojskowej, jako strzelec wyborowy w służbie cesarza Wilhelma I. Jego strzeleckie wyczyny sprawiły, że sam cesarz poznał go osobiście. Po zakończeniu służby wojskowej Sobczyk nie bardzo umiał się odnaleźć w życiu.

Ożenił się z Franciszką Ziają i osiadł w Nowej Wsi, ale nie wiodło mu się dobrze. Podejmował się różnych zajęć, był robotnikiem sezonowym. Nie dawało mu to ani satysfakcji, ani chleba. Zajął się więc tym, co umiał najlepiej, czyli strzelaniem, zostając kłusownikiem. Z powodu uprawiania tego procederu, pomiędzy grudniem 1880 a 1892 r. spędził w więzieniach w sumie ponad 9 lat życia (!).

Gdy wychodził na wolność starał się podjąć godziwą pracę, ale za każdym razem coś nie wychodziło. Ukrywał się więc po okolicznych lasach, razem z dwoma kompanami Pigullą i Samolem, trudniąc się nadal kłusownictwem.

Często zmieniał ubrania

Aby nie dać się złapać, nie przebywał w jednym miejscu dłużej niż trzy dni, często też zmieniał ubrania. W celu pojmania Sobczyka władze sprowadziły 6.  Batalion Strzelców z Oleśnicy, ale ten, widząc co się święci,  przeniósł się w lasy koło Rud Raciborskich.

Może to silne mrozy, a może tęsknota za żoną sprawiła, że w styczniu 1895 r. Sobczyk potajemnie powrócił do swojego mieszkania, które wynajmował w Nowej Wsi u Lorenza Ksienzyka. Gospodarz zadenuncjował go jeszcze tego samego wieczora 20 stycznia.

Może kierował się strachem, może poszanowaniem prawa, a może chodziło mu o nagrodę w wysokości 500 marek? Powiadomiona przez niego osoba dała z kolei znać znać żandarmowi z Tworoga, Florianowi Fieberowi, który błyskawicznie zorganizował obławę. Wraz z nim wzięli w niej udział gajowi Paul Broll i Johann Myrczyk oraz trzech robotników leśnych: Dramski, Poloczek i Mrozik.

Akcja zaczęła się około godziny 23. Fieber wezwał Sobczyka do poddania się i opuszczenia domu, ale ten od razu wypalił z okna do gajowego Brolla, a potem i do Fiebera. Gajowy padł ciężko ranny, a żandarm zginął na miejscu. Reszta uczestników obławy widząc, że to nie żarty, ale prawdziwa rzeź, rozbiegła w popłochu.

Poprzysiągł zemstę

Sobczyk bez szwanku uszedł w las, ale poprzysiągł Ksienzykowi zemstę. Po ponad dwóch miesiącach, jak już na wstępie wspomniano, skutecznie zasadził się na niego nad Graniczną Wodą. Jako cesarski strzelec wyborowy, prawdopodobnie mógł go zabić od razu jednym wystrzałem. Może jednak chciał, by zdrajca, jak go nazwał, cierpiał dłużej, więc strzelił do niego dwa razy, zadając mu bolesne i ciężkie rany, z których już się nie wykaraskał, umierając po paru godzinach.

Kilka dni później, 7 kwietnia 1895 r. – wskutek obrażeń odniesionych podczas styczniowej obławy w Nowej Wsi  – umarł też gajowy Broll. Tak jak Fieber, zostawił żonę i gromadkę dzieci. Sobczyka ścigano więc już nie za kłusownictwo, ale za zabicie trzech osób. Nagroda za informacje pomocne do jego ujęcia wzrosła z 500 do 5300 marek.

Mieszkał wówczas w Tworogu przy zamku pewien balwierz i znachor Ludwig Rumpel, człowiek inteligentny i sprytny, który wpadł na pomysł, jak pochwycić Sobczyka i zgarnąć pieniądze za jego głowę. Słusznie podejrzewając, że ścigany kontaktuje się ze swoją żoną Franciszką, zwrócił się do niej z pewną propozycją. Obiecał mianowicie, że za jelenia ubitego przez jej ukrywającego się przed sprawiedliwością męża załatwi mu fałszywy paszport, by mógł przedostać się za granicę. Sobczyk zgodził się i osobiście dobił targu z Rumplem. Ten postawił na stół butelkę dobrego wina, częstując przestępcę.

W winie znajdował się środek nasenny. Balwierzowi nie pozostało więc nic innego, jak wtaszczyć śpiącego na taczkę i oddać w ręce władz, inkasując sowitą nagrodę.

Sobczyk trafił do więzienia w Bytomiu, długo nie mogąc uwierzyć, że tak łatwo dał się złapać. Stale powtarzał: "... a to piękny figiel, leśniczowie z Tworoga napiją się teraz prawdziwego wina, żem się dał tak schwytać". Był święcie przekonany, że jego żona współdziałała z Rumplem i obwiniał ją o zdradę. W liście pożegnalnym wprost nazwał ją Judaszem. W więzieniu niewiele jadł i pił, tak, że obawiano się już, iż może nie dożyć do wykonania wyroku. Niechętnie też zeznawał, zasłaniając się jakoby brakiem znajomości języka niemieckiego. Sprowadzono więc tłumacza, by proces sądowy przebiegł bez zakłóceń. 

Prośba do cesarza

Przed gilotyną Sobczyka mogła jeszcze uratować napisana przez niego prośba o ułaskawienie, skierowana do cesarza Wilhelma II, w której powoływał się na osobistą znajomość z jego dziadkiem Wilhelmem I. Jednak dziwnym trafem (nie bez celowego działania urzędników) list trafił do rąk cesarza już po wykonaniu wyroku. W pogrzebie Sobczyka, by uniknąć manifestacji, mogli uczestniczyć tylko najbliżsi krewni...

Mijały lata. Wydawało się, że po Rabsiku pozostaną już tylko wspomnienia, ludowe podania i legendy. Tymczasem pewnej nocy, 9 lat po egzekucji Sobczyka, do domu balwierza Rumpla podjechała bryczka z dwoma mężczyznami, proszącymi, by niezwłocznie pojechał z nimi do połogu w Brynku. Balwierz dał się przekonać i wsiadł do bryczki, która jednak nie dojechała do Brynka.

Zatrzymała się w Brzeźnicy, a Rumpel został brutalnie wyrzucony na ziemię. Nieznajomi, jak mówiono, dawni koledzy Sobczyka, dopadli leżącego, ściągnęli mu spodnie i ostrym narzędziem pozbawili męskości. Balwierz przeżył, ale już nie odzyskał sił i dawnego wigoru. Jakiś czas chodził jeszcze po Tworogu w brązowym habicie pokutnym, a 30 lipca 1905 r. dokonał żywota.

Artykuł archiwalny Krzysztofa Garczarczyka powstał dzięki pomocy Fryderyka Zgodzaja z Tworoga, miłośnika i znawcy lokalnej historii. Ukazał się w Gwarku z 29 mara 2016 r.

[ZT]36688[/ZT]

 

(Krzysztof Garczarczyk)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%