Fot. Julita Mync
Wyzwalaczem pomysłów pisarza są cytaty z piosenek, zapowiedź radiowego reportażu usłyszana dawno temu podczas podróży do pracy, dziwna kompilacja wspomnień, wyobraźnia i … koniecznie muzyka. Muzyka zawsze porusza emocjonalność, a dodatkowo wyznacza ramy pisanych utworów. Tarnogórzanin Tomasz Maruszewski, prawnik i muzyk, jako autor powieści zadebiutował siedem lat temu. 6 maja, nakładem Wydawnictwa Literackiego, ukaże się jego trzecia książka: „Szeleścidło”.
- Zawsze było mnie dwóch. Pierwszy ja: racjonalny uczeń, student, później prawnik. Drugi ja: mały wariat, pełen buzujących emocji, poszukujący wyrazu w świecie sztuki - opowiada.
Od dzieciństwa pasjonował się muzyką: słuchał jej non stop, grał na pianinie, dołączał do różnych formacji. Pierwszym zespołem był tarnogórski Blizzard, założony z przyjaciółmi ze "Staszica". Na studiach w Warszawie - projekt Stop Mi!: płyta, wizyty w rozgłośniach radiowych i trasy koncertowe. Na koniec elektroniczny pomysł - Catster.
- Spełniałem się w tym. Życie w zespole muzycznym jest jednak wymagające. To ciągłe próby i ustalanie pasujących wszystkim terminów. Gdy pojawia się praca i dzieci, trudno to pogodzić. Moje drogi z muzyką i koncertami się więc rozeszły - wspomina Tomasz Maruszewski. - Postanowiłem „jak każdy dorosły człowiek” skupić się wyłącznie na pracy, a później - rodzinie i odpoczynku. Wytrwałem kilka miesięcy. Nosiło mnie. Malować nie potrafię - a szkoda. Nie potrafię także nagrywać muzyki, ani jej produkować. Przyszło mi więc na myśl, że mogę zacząć pisać. I tak się to wszystko zaczęło…
Pierwszą książką była krótka nowelka - trochę dla żartu, trochę dla przetestowania, czy potrafi. Później powieściowy debiut „Do końca świata”, który ukazał się wiosną 2019 roku nakładem Wydawnictwa Prószyński i Spółka. To rzecz o miłości, stracie i jej oswajaniu. Przede wszystkim jednak o samotności.
Trzy lata po debiucie pojawiły się „Wrzaski”, wydane przez Sine Qua Non, które recenzenci ocenili niezwykle pozytywnie. Pisarka i laureatka nagrody Nike Joanna Bator określiła książkę jako: „brawurową, bizarną i wzruszającą opowieść o miłości i wykluczeniu”. Filmowy krytyk Tomasz Raczek napisał zaś: „to historia, w której przyziemność jest jak kamień, a miłość jak poezja, jak sen””.
- Te pochwały napawają mnie dumą, a najbardziej mnie cieszy, że Tomaszowi Raczkowi spodobała się moja książka. Jestem fanem kina i oglądam filmy nałogowo. Nawet gdy piszę, to widzę najpierw przed oczami kadr filmowy - zdradza. - Ogólnie staram się jednak być odporny i na krytykę, i na pochwały. To, że komuś coś się nie spodoba, nie może wytrącić cię z pasji tworzenia. Tak samo, to, że ktoś cię pochwalił, nie może wprowadzać cię w samozachwyt. Najważniejsze jest po prostu samospełnienie i szczerość tworzenia - wyznaje.
Na co dzień jest prawnikiem, prowadzącym własną kancelarię w Nowym Sączu oraz tatą Aliny i Tadka. Z Tarnowskich Gór wyjechał po skończeniu liceum na studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Tam poznał żonę, skończyli aplikację radcowską, a potem zostali w stolicy na 15 lat. Gdy na świecie pojawiły się dzieci zapragnęli spokoju i codziennego kontaktu z naturą. Tym sposobem przeprowadzili się do rodzinnej miejscowości żony, czyli Nowego Sącza.
- Do Tarnowskich Gór wracam regularnie, przynajmniej raz w miesiącu. Czuję silną więź z tym miastem, i co najważniejsze, mieszka tu moja mama. Wszystko co piękne, miało tu swój początek - mówi.
To także tutaj mógł liczyć na pierwsze merytoryczne wsparcie w kwestii literackich zamierzeń.
- Ślę ukłony w stronę Magdaleny Kędzierskiej-Zaporowskiej, Tarnogórzanki, która jako pierwsza powiedziała mi, że moja literatura ma sens. To zachęciło mnie do wysłania powieści do wydawnictwa - podkreśla pisarz.
Pisze, gdy może. Czasami to dziewiąta rano w piątek, innym razem dwudziesta druga w środę… Zwykle jednak wieczorem, do późna. Rano, przed pracą, robi poprawki.
- To wspaniały sposób na brak nudy. Ciągle coś się dzieje i ciągle coś cię napędza. Literatura to również przestrzeń, w której mogę wyrazić emocje. To najważniejsze, bo tego mi po świecie muzyki bardzo brakowało. To jak przeżywanie filmu, który się ogląda, tylko lepsze, bo samemu się ten film tworzy - ocenia Maruszewski. - Pisanie to także spory wysiłek, dlatego po skończeniu powieści, robię sobie dłuższą przerwę, żeby emocjonalnie odpocząć, aż do chwili, gdy właściwy nastrój, natrafi na odpowiednią myśl, a te na właściwy utwór muzyczny… Wtedy w mojej głowie wybucha nowy wszechświat i powstaje kolejna powieść - tłumaczy.
Twierdzi, że pisząc książkę, nie ma w głowie pomysłu na całość. Wie, o czym ma być początek, czasem też zakończenie, ale nie środek. Ten powstaje w toku pisania.
- Dopiero gdzieś w okolicy jednej trzeciej powieści mam wyobrażenie całości. Wówczas tworzę sobie krótki plan głównych wydarzeń i pisząc, prowadzę historię z punktu A do punktu B. Żeby całość była spójna, w kółko słucham utworów, które były wyzwalaczem dla powieści. Dzięki temu trzymam poziom emocjonalności i jej rytmikę - opisuje.
Debiut pisał pięć miesięcy, drugą książkę - tylko trzy. Najnowsze dzieło - „Szeleścidło” powstało w dwóch etapach, trwających po około dwa – trzy miesiące. Praca przy książce trwa jednak znacznie dłużej, wymaga czasu m.in. na poprawki, wysłanie powieści do wydawcy, redakcję i korektę. Całość do dnia premiery zajmuje nawet 2 lata.
- Pewnie zmartwię parę romantycznych osób, ale sądzę, że nie istnieje coś takiego jak „powołanie” do pisarstwa - mówi. - Nikt nie rodzi się pisarzem. Myślę, że moja polonistka w życiu nie przypuszczała, że to właśnie ja, z całej licealnej klasy zostanę pisarzem. A jednak. Uważam natomiast, że człowiek przychodzi na świat z powołaniem do sztuki, względnie to powołanie wykształca się w nim w wieku dojrzewania. A to, jaką sztukę będzie uprawiał, to już kwestia przypadku, czy napotkanych na swojej drodze ludzi.
- Moje pomysły na powieść to jakaś dziwna kombinacja wspomnień - nie tych dotyczących zdarzeń a bardziej emocji, jakiś zasłyszanych historii tkwiących w mojej głowie, nawet podświadomie. To wszystko pomieszane jest z wyobraźnią i fundamentem, czyli muzyką, która podbija emocjonalność, porusza - opowiada.
Pomysł „Do końca świata” zrodził się na etapie fascynacji utworami Artura Rojka.
- Do napisania powieści tknęły mnie dwa cytaty: „nie pozwolę ci mnie opuścić, nawet gdybym miał się zgubić” i „nawet jeśli to nie to, usiłuję uwierzyć w coś”… Tyle wystarczyło i powieść zaczęła się pisać - wspomina.
„Wrzaski” przyszły do niego w drodze do pracy. Jadąc rano autem przez Warszawę, usłyszał w radio zapowiedź reportażu o trzydziestoletniej kobiecie, która wyjechała do Niemiec szukać ojca. Ten, gdy była mała, został wypędzony z miasteczka, gdy odkryto, że jest gejem.
- Dosłownie kilka zdań. Zapowiedź wpadła mi do ucha, na kolejnym skrzyżowaniu wypadła. Minęły chyba 2 lata. Mieszkałem już w Nowym Sączu. Któregoś wieczora natrafiłem na utwór Thoma Yorke’a „Dailly battles”, który mnie mocno poruszył. Poszedłem położyć córkę do snu, czytałem jej bajkę, a potem patrzyłem przez chwilę, jak śpi. W ciągu tych kilkunastu sekund w mojej głowie wydarzyło się coś potężnego. Poszedłem po komputer i zacząłem pisać. Po jednej, czy dwóch stronach tekstu, zorientowałem się, że w jakiś sposób opisuję historię z zapowiedzi reportażu zasłyszanego kilkanaście miesięcy wcześniej…
W przypadku „Szeleścidła” wyzwalaczem muzycznym był utwór Colina Stetsona „Denise paints”, a później ścieżka dźwiękowa do serialu „The first”. Fabuła to z kolei efekt wyobraźni i filmu opowiadającego o podróży w kosmos i malarstwie jednej z bohaterek.
Sam muzykowania też zupełnie nie porzucił.
- Kilka razy w tygodniu gram sam dla siebie na pianinie. Odtwarzam czyjeś utwory lub komponuję własne. Moim kolejnym artystycznym marzeniem jest stworzenie ścieżki dźwiękowej do filmu - zdradza.
6 maja ukaże się trzecia książka Maruszewskiego: „Szeleścidło”. To historia obdarzonego ogromną wyobraźnią małego chłopca, marzącego o międzygwiezdnych podróżach oraz samotnego mężczyzny - malarza.
- Mogę zdradzić, że to opowieść o traumie, ale i sile ludzkiego umysłu, o radzeniu sobie z krzywdą, o godzeniu się samemu ze sobą i światem, o roli przypadku w życiu i oczywiście o miłości i jej braku. To powieść smutna, ale zarazem groteskowo wesoła, przy tym z nutą nadziei… - opisuje autor, resztę pozostawiając interpretacji czytelników. - Tu nie ma narzuconej fabuły, od której nie ma odwrotu. Ot całe piękno literatury. Wszędzie są furtki, przez które przejść może czytelnik i odkryć powieść w zupełnie niezależnym ujęciu - dodaje.
::news{"type":"see-also","item":"71478"}
Katarzyna Majsterek [email protected]