Tak naprawdę Sarah Johanna Hammera mogłaby sama napisać reportaż. Jej relacje na profilu „Szalików” są piękne, mądre i poruszające. Ale to ja jestem dziennikarką. A ona? Absolwentką kognitywistyki i szkoły aktorskiej w Wiedniu, właścicielką firmy sektora IT, miłośniczką koni, nauczycielką niemieckiego… Tarnogórzanką urodzoną w Niemczech, obecnie przede wszystkim wolontariuszką oddaną pomocy ofiarom wojny w Ukrainie. W tekście wykorzystałam fragmenty jej facebookowego dziennika. Do ich czytania zabierzcie chusteczki.
::photoreport{"type":"check-for-article","item":"32759"}
26.01.2026: „Istniejemy naprawdę tylko wtedy, gdy podajemy sobie ręce. Gdy potrafimy się wesprzeć. Gdy patrzymy drugiemu człowiekowi w oczy i mówimy: „damy radę”. Na froncie, to zdanie ma wagę wszystkiego”.
Spotkania Sarah z ogarniętą wojną Ukrainą to trzydzieści kilka wyjazdów. Czasami na 4 miesiące. Czasami na krócej. Najczęściej w najbardziej niebezpieczne rejony kraju. W Tarnowskich Górach mieszka od 8 lat. Pochodzą stąd jej dziadkowie i rodzice.
- Choć się tutaj nie urodziłam, to przyjeżdżałam do dziadków. W domu ciągle mówiło się o Tarnowskich Górach, przejęłam ten sentyment i mając 15 lat, postanowiłam tu zamieszkać - opowiada.
Studiowała równolegle: kognitywistykę w Katowicach i aktorstwo w Wiedniu. Gdy 24 lutego 2022 r. rozpoczęła się inwazja Rosji na Ukrainę, Sarah pracowała w Teatrze Muzycznym Wit-Wit w Gliwicach.
- Pewnie zabrzmi to niewiarygodnie, ale nie jestem odważnym człowiekiem. Podobały mi się próby, ale zżerała mnie trema podczas występów na scenie. Z czasem uznałam, że ten zawód nie jest dla mnie - mówi. - Już od drugiego dnia wojny jeździliśmy ze znajomymi do Korczowej i Przemyśla, woziliśmy jedzenie i koce, potem zaczęliśmy organizować transporty. To była jedna wielka poczta pantoflowa, wszyscy byliśmy na telefonie 24 godziny na dobę. Moje ostatnie występy w teatrze wyglądały tak, że odsypiałam na zapleczu i budzono mnie na zagranie mojej sceny - śmieje się Sarah.
8.01.2026: „Jak działamy? Po prostu. Dzwonimy. Organizujemy. Planujemy. Pakujemy. Jedziemy. Nosimy. Rozmawiamy. Z całym serduchem.”
Wraz z kilkoma osobami założyła „Szaliki”. Dzięki organizacji schronienie znalazło ponad tysiąc wojennych uchodźców. Ich nowe domy rozsiane są po całej Europie - od Norwegii aż po Hiszpanię. W głąb Ukrainy Sarah pierwszy raz wyjechała po miesiącu wojny - z przyjaciółką.
- Nieszczególnie czułyśmy wtedy wojnę, wokół tylko bieda. Byłyśmy niedaleko Iwano-Frankiwska. Spędziłyśmy parę dni w Buczy, bo zatrzymali nas na blockpoście - wspomina. - Pierwsze 2 lata to przede wszystkim transport i organizacja. Dostawałyśmy rzeczy od partnerów i zaczęłyśmy jeździć z nimi na front. Mamy do dziś bardzo silne partnerstwo z Fundacją Team Kraków i Czerwonym Krzyżem. Jako „Szaliki” zaczęliśmy być rozpoznawalni i często kontaktują się z nami prywatne firmy lub pośrednicy, którzy chcą przekazać dary - dodaje.
16.07.2025: „Kto jest smutny, ten umiera.” — powiedział. I ta jedna linijka zostanie z nami na długo. Bo wojna, która odbiera wszystko, pozostawia tylko to: czarny humor, głęboki śmiech, niepokorne spojrzenia. I właśnie ten kontrast uderza najmocniej. Między śmiechem a wyciem syren. Między mruczeniem kota pod ręką a dronem na niebie. Między człowiekiem a śmiercią - zawsze stoi jeszcze nadzieja.”
„Szaliki” to zaledwie kilka osób: Sarah, Martyna, Paweł i Staszek.
Martyna, Bytomianka, która na co dzień pracuje z końmi, pierwszy raz pojechała do Ukrainy w zeszłym roku i została od razu rzucona na głęboką wodę.
- Pojechałyśmy do Kramatorska i już pierwszej nocy obudziły nas bardzo głośne bombardowania. Pamiętam, że bardzo się bałam... i nie wiedziałam jak Martyna zareaguje. Bo wojna bardzo szybko pokazuje człowieka takim, jakim jest naprawdę. I Martyna była dokładnie taka, jaka jest do dziś. Spokojna. Twarda. Z głową na karku. To ten typ człowieka, który kiedy dzieje się coś złego, nie dokłada paniki. Zamiast tego mówi: „damy radę”, „będzie git”, „ogarniemy” - opisuje Sarah.
Paweł, Gliwiczanin, ukończył szkołę plastyczną. Interesuje się historią i rekonstrukcją historyczną. Prowadzi wraz z rodzicami i bratem gospodarstwo. Od początku wojny jeździł z pomocą i tak połączyły się ich drogi.
- Bardzo szybko okazało się, że podobnie patrzymy na świat i podobnie przeżywamy wiele rzeczy. Bo wyjazdy to nie tylko kilometry i logistyka. To również stres, odpowiedzialność i emocje. Dobrze jest wtedy mieć obok siebie ludzi, których się zna. Wiedzieć, jak reagują, kiedy jest trudno. Wiedzieć, kiedy potrzebują rozmowy, a kiedy chwili ciszy. Wiedzieć, jak się wzajemnie wspierać, gdy komuś jest po prostu za ciężko - podkreśla Sarah. - Mamy też z Pawłem wspólny plan. Chcemy stworzyć wystawę z rzeczy przywiezionych z Ukrainy. Nie po to, żeby szokować lub kogokolwiek przekonywać. Po prostu dlatego, że uważamy, że trzeba mówić o tym, co się dzieje. Nawet wtedy, gdy świat jest już zmęczony słuchaniem - dodaje.
7.01.2026 „Pytacie, jak dajemy radę psychicznie. Są chwile, w których same nie wiemy. Chwile, gdy poczucie winy gryzie od środka, bo masz wrażenie, że zostawiasz czyjeś życie za sobą, nie dlatego, że nie chcesz pomóc, ale dlatego, że w tej chwili nie możesz. Ale właśnie wtedy rodzi się w nas siła. Brutalna, uparta, nie do zatrzymania. Ta, która każe powiedzieć: wrócimy. A my jesteśmy słowne. Bez odbioru.”
Staszek pochodzi z Kalisza, jeszcze zanim skończył 18 lat zaczął jeździć z pomocą humanitarną do Ukrainy, później zaciągnął się do ukraińskiego wojska.
- Kiedy my jeszcze analizujemy sytuację i szukamy rozwiązania, często okazuje się, że Staszek już jest w połowie załatwiania sprawy. Jest medykiem bojowym, służył przez rok i to właśnie on szkolił nas z rzeczy, które mamy nadzieję nigdy nie będą potrzebne, ale które warto umieć. Ma nerwy ze stali, a jednocześnie jest jedną z niewielu osób, które potrafią otwarcie powiedzieć: „tak, boję się” - opowiada Martyna. - Ogólnie wszyscy w „Szalikach” jesteśmy podobni. Kiedy sytuacja tego wymaga, jest skupienie, odpowiedzialność i pełna koncentracja. A kiedy pojawia się choć odrobina przestrzeni, są wygłupy, śmiech i żarty. Wiemy, że trzeba znaleźć równowagę. Inaczej człowiek nie udźwignąłby tego wszystkiego - ocenia.
Dziś „Szaliki” mają kilka stałych miejsc, do których jeżdżą ze wsparciem. To głównie wsie w okolicy Charkowa, gdzie ludzie przychodzą po pomoc. Jest też podziemna szkoła.
6.09.2025: „Dzieci na wojnie… Na początku, kiedy nas poznają, są przygaszone. Mają w oczach cień, którego nie powinny nosić żadne dzieci. Ale wystarczy chwila. Uśmiech. Gra w piłkę. Podanie ręki. I nagle dziecięca radość przebija się przez mrok - tak silna, tak czysta, tak rozbrajająca, że nawet wojna nie potrafi jej całkiem zgasić. Nie jesteśmy w stanie uratować całego świata. Ale jesteśmy w stanie sprawić, że na chwilę znów się śmieją. Że przez moment zapominają o huku, o strachu, o braku domu.”
Charków znajduje się kilkanaście kilometrów od linii frontu. Sarah pokazuje w smartfonie mapę z trasami przelotów rosyjskich dronów kamikadze, Shahedów i rakiet. Krążą nieustannie nad obszarem, po którym podróżują szalikowymi pojazdami: busem Vivaro lub wysłużonym Mercedesem ML - rocznik 1999, który w razie niebezpieczeństwa pozwala przyspieszyć na okropnie dziurawych ukraińskich drogach. Wokół głównie gruzy, pozostałości domów, szkół, przedszkoli. Spalone przez Rosjan auta. I cmentarze kryjące ciała zabitych z ostatnich lat, także te zbombardowane, jakby jednokrotna krzywda była niewystarczająca. Są też piękne pola słoneczników, wyściełane minami.
7.01.2026: „Spotkałyśmy go niedaleko Kupiańska. Starego psa. Zmęczonego wojną. Z chorą łapką. Starsze osoby powiedziały nam, że żołnierze ewakuowali go z terenów zajętych i przywieźli tutaj, żeby w ogóle miał jakąkolwiek szansę dożyć kolejnego dnia. Nie miałyśmy wtedy karmy. Była tylko bezsilność i smutek. Gdy wracałyśmy do pojazdu, on poszedł za nami. Powoli. Uparcie. Wołał o pomoc po swojemu, bez słów, ale wystarczająco głośno, by pękło serce. I to są te momenty, które są dla nas najcięższe”.
- Ruscy systematycznie odcinają główne drogi, wtedy wolontariusze poruszają się bocznymi. Jedziesz i mijasz spalone przez drony samochody. Od Słowiańska do Izium ciągle myślisz, że za moment zginiesz. Mamy w aucie czujkę alarmującą o nadlatujących obiektach. Pewnego dnia kazałam ją wyłączyć. Tego napięcia nie da się wytrzymać. Do dziś gdy coś pika, tak jak ta czujka, robi mi się niedobrze - mówi Sarah.
Opowiada o jednej z ostatnich historii, którą przeżyła w Ukrainie i to w dosłownym znaczeniu. Charków, blokowisko i plac zabaw.
- Kupiłam kakao, moi współtowarzysze podróży jakieś inne napoje, siedliśmy na ławeczce i patrzyliśmy na bawiące się dzieci. Nagle z tego letargu wyrwał nas potężny huk. W miejsce, gdzie siedzieliśmy leciała rakieta. Obrona przeciwlotnicza zestrzeliła ją w ostatnim momencie. O naszym życiu przesądziły sekundy. Wszyscy uciekli, ale za chwilę dzieci znów przybiegły się bawić. Tak samo było pod marketem, z którego wyszłyśmy pewnego dnia. Nad naszymi głowami potworny hałas. Na szczęście nic się nie stało, a wszyscy po chwili powrócili do zwyczajnego życia - opowiada. - Mówisz, że już się przyzwyczaili. Nie nazwałabym tak tego. Oni raczej dostosowali się do tej tragicznej sytuacji, w której zmuszeni są funkcjonować. Najbardziej ludzie bali się na początku, byli bardzo poruszeni, a teraz dzieją się rzeczy pięćset razy gorsze - podkreśla Sarah.
2.12. 2025: „Jedziemy trudnymi trasami. Czasem zmęczone, czasem przemarznięte… ale też wesołe, pełne radości między ruinami - choć może to brzmieć dziwnie. Bo tam ktoś na nas czeka. I nie, nie ma co romantyzować wojny. Wojna jest okrutna. Tu nie ma bohaterstwa - jest zniszczenie, cierpienie i śmierć. W oczach ludzi widzimy coś, czego nie da się opisać komuś, kto tego nie widział…”
Najdalej była w Kramatorsku. Najdłużej - cztery miesiące w Charkowie - zimą. Rozwoziła transporty, gotowała zupy w ogrzewalni Caritasu, pomagała ludziom przetrwać mróz.
- Zima była straszna - minus 30 stopni, Ruscy atakowali elektrociepłownię, a mieszkania w bloku bez centralnego i prądu niczym nie ogrzejesz. Sama przypłaciłam to odmrożeniem trzeciego stopnia na stopie i trafiłam do szpitala. Widziałam ludzi z okropnymi ranami od zimna - mówi pokazując fotografię męskiego palca, którego połowę zabrał mróz. - Widziałam też znacznie gorsze, po prostu ten pan pozwolił mi zrobić zdjęcie - dodaje.
4 lutego obok okna bloku, w którym mieszkała, przeleciał dron. Nocą miastem wstrząsały silne bombardowania i co 30 sekund odczuwalna była silna eksplozja. Zaraz po przyjeździe do 3 nad ranem śledziła alarmy o nalotach wysyłane na Telegramie - odpowiedniku naszego Messengera. Przychodziły co chwilę i wzmagały strach. Później zrezygnowała. Mówi, że to była najgorsza - w dodatku - samotna - noc, podczas której myślała, że nie przeżyje.
„Jechaliśmy do tej wsi w kamizelkach i hełmach. Kilkanaście kilometrów od linii frontu. Mijaliśmy domy bez dachów, okna bez szyb, ulice bez ludzi. Cisza tak gęsta, że aż bolało w uszach. Mijałyśmy pick-upy z potężnymi systemami przeciwdronowymi na całej pace - takie, które wyglądają jak potwory z innego świata. Oraz mobilne stanowiska broni przeciwlotniczej. Co kilkaset metrów wojsko. Zimne spojrzenia, szybkie gesty, krótkie komendy. To wszystko mrozi krew. A potem weszliśmy do budynku, w którym czekały dzieci. I w jednej sekundzie zapomnieliśmy, gdzie jesteśmy. Bo one - mimo tego, co widzą na co dzień, mimo huku, strachu i braku normalności - potrafią się uśmiechać. Potrafią się przytulić. Potrafią dać nam więcej ciepła, niż świat daje im bezpieczeństwa”.
- Poznani w Charkowie ludzie byli dla mnie jak druga rodzina, przynosili skarpety, pytali czy jadłam, robili kanapki. Zaprzyjaźniłam się z młodą mamą Olhą i zaczęłyśmy działać razem. Tutaj ludzie nie używają słowa: dobranoc. Tutaj życzą sobie cichej nocy, a córka Olhy pyta przed snem: mamo, dlaczego chcą mnie zabić? - opowiada. - Ogólnie, gdy ktoś o coś tutaj prosi, to znaczy że dana rzecz jest niezbędna do funkcjonowania, na już. Dlatego ludzie mówią często: my niczego nie potrzebujemy, ale jedźcie tam i tam. Każdy w ciągu dnia się mobilizuje, żeby żyć normalnie i czuje straszną ulgę, że nadal żyje. Część osób wciąż nie chce uciekać, bo liczy, że się uda, przecież już 4,5 roku dali radę. Widzę, że ludzie bardzo doceniają pomoc, choć ja nigdy nie oczekuję wdzięczności - zaręcza Sarah.
Sarah więcej czasu spędza w Ukrainie niż w Polsce i Niemczech u rodziców. Nauczyła się pisanego cyrylicą alfabetu - głównie składając do kupy literki na szyldach. Coraz lepiej rozumie też ukraiński. Jeżdżąc z pomocą strasznie się boi.
18.08.2025: „Za niedługo jedziemy właśnie tam, niedaleko Pokrovska. Z karetką gotową ratować tych, których jeszcze nie zabrano z tego świata. Bo mamy wpływ. To nie tylko posty i komentarze w internecie. Nie odwracaj wzroku. Nie ignoruj tego. W świecie, gdzie politycy rozmawiają o „pokoju”, a bomby w tym samym momencie spadają na domy, obojętność staje się współudziałem.”
- Tutaj nie chodzi o żadną adrenalinę. Gdy dojeżdżamy w miejsca, gdzie są potrzebujący: osoby starsze, zwierzęta, dzieci, to czuję, że przywiozłam trochę normalności i trzymam się tego momentu. Dzieci są na początku wycofane. Od kiedy przyjeżdżamy częściej - traktują nas jak swoich. Na pierwszy rzut oka są wesołe, a potem dowiadujesz się, że wiele z nich przeżyło część wojny, chroniąc się w piwnicy. Spędzamy czas z ludźmi, którzy próbują normalnie żyć, choć są przesiąknięci wojną. Przywozimy im nadzieję, a oni opowiadają o tym, jak się boją i jak dużo siły daje im świadomość, że ktoś o nich pamięta - wyznaje. - Mam w naszym szalikowym samochodzie rzeczy podarowane przez dzieci, drobiazgi: wisiorek, breloczek, małą zabawkę Przypominają o tym, co najważniejsze. Zostawiam za sobą momenty lęku i działam na nowo - dodaje.
24.09.2025: „Każdy wyjazd nas zmienia. To nigdy nie jest tylko podróż - to bardziej jak otwarcie kolejnych drzwi w naszym umyśle. Drzwi, za którymi kryją się światy, o których inni woleliby nie wiedzieć. Światy pełne ciszy, która krzyczy głośniej niż huk pocisków. Światy, w których jedno spojrzenie staruszki albo jeden uśmiech dziecka przewraca nasze wnętrze na drugą stronę.”
Mama Sarah każdego dnia, w którym córka jest w Ukrainie, czuje ogromny lęk. Mimo to bardzo ją wspiera.
- Miałam taki wyjątkowy dom. Tam w Niemczech, gdy byłam mała, nie byliśmy bogaci, żyliśmy skromnie i były nawet bardzo ciężkie momenty, ale rodzice zawsze pomagali słabszym. Zapraszali na przykład do domu osoby bezdomne - wspomina. - Z mamą odbyłyśmy ostatnio bardzo poważną rozmowę. Powiedziała mi o swoim strachu ale zadeklarowała, że w zupełności mnie rozumie i popiera. A także, że w wakacje pojedzie ze mną do Ukrainy - cieszy się Sarah.
15.05.2026 „Dziewczynka w różowej bluzie przytuliła się tak mocno, jakbyśmy znały się od dawna. Dzieci zaczęły biegać między pudłami, śmiać się, przekrzykiwać, pokazywać sobie zabawki. I przez chwilę wyglądało to po prostu jak zwyczajny dzień. Taki, w którym dzieci mają być dziećmi. Człowiek potem siedzi chwilę w aucie już po wszystkim. W ciszy. I myśli sobie tylko o tym, jak niewiele czasem potrzeba, żeby człowiek poczuł jednocześnie ogromny smutek i ogromną wdzięczność.”
Aktualnie jest w Polsce. Odpoczywa, uczy niemieckiego, realizuje pasje, na czele których jest jeździectwo. W Tarnowskich Górach ma swoje cztery konie. Domaga się, żeby napisać, że to darmozjady. Drugie hobby to malarstwo. Uprawia je też w Ukrainie, gdy zapada noc i nastaje chwila spokoju. Wszak, poza kognitywistyką i aktorstwem, skończyła też liceum plastyczne w Zakopanem.
- Wszystkim tutaj w Polsce sprałam mózg swoimi opowieściami o tym, co dzieje się w Ukrainie. Nikt nie śmie już marudzić i zadręczać siebie oraz innych pierdołami, po prostu cieszą się życiem - opowiada.
5.07.2025: „Po co to robicie? Bo wierzymy, że każde życie ma znaczenie. Że bycie człowiekiem to nie tylko przywilej, ale odpowiedzialność. Bo nie umiemy inaczej. Bo kiedy widzisz ból - reagujesz. Bo milczenie i bezczynność bolą jeszcze bardziej niż zmęczenie. Wolontariat to nie hobby. To wybór. Czasem codzienny. To zrezygnowanie z komfortu na rzecz obecności tam, gdzie jesteśmy potrzebni. Ale w zamian zyskujesz coś, czego nie da się opisać słowami — głębokie poczucie sensu. I więź z drugim człowiekiem, której nie da się podrobić.”
- Każdy wyjazd jest inny, każdy dzień jest inny, nic się nie da przewidzieć. Wojna odsłania maski, intencje ludzi widać jak na dłoni. A ja to pomaganie czuję całą sobą - mówi Sarah.
Adres do zrzutki, dzięki której można wesprzeć pomocowe wyjazdy „Szalików”: https://zrzutka.pl/m9bxfw
Katarzyna Majsterek [email protected]