Fot. Prof. Bożena Hager-Małecka, archiwum prywatne
To jeden z najgłośniejszych seriali Netflixa ostatniego czasu. "Ołowiane dzieci" w reżyserii Macieja Pieprzycy wywołały gorącą dyskusję na temat swobody twórczej i zacierania granic między prawdą a fikcją.
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
Serial inspirowany jest prawdziwą historią opisaną w reportażu Michała Jędryki pt. "Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia". Przedstawia losy dzieci mieszkających w cieniu Huty Metali Nieżelaznych Szopienice. W latach 70. XX wieku zdiagnozowano u nich ołowicę. Choroba występowała na masową skalę. O zdrowie dzieci walczyły lekarki – przede wszystkim Jolanta Wadowska-Król i prof. Bożena Hager-Małecka, która zdiagnozowała tzw. pacjenta zero. Nieoceniona była także pomoc pielęgniarki Wiesławy Wilczek oraz dr Zofii Kajzerowej.
W mediach społecznościowych rozgorzała dyskusja na temat prawa twórców do modyfikowania faktów. Emocje wzbudza przede wszystkim sposób przedstawienia postaci prof. Bożeny Hager-Małeckiej (w serialu jako prof. Krystyna Berger).
Głos zabrały osoby, które znały profesor Hager-Małecką i którym była, i jest bliska. Szczególnie głośno wybrzmiała wypowiedź tarnogórzanina Stanisława Torbusa, wnuka profesor.
- Obejrzał pan serial?
Stanisław Torbus: Oczywiście, ale oglądało mi się go trudno.
- Dlaczego?
– Serial odwołuje się do prawdziwej historii, a jednocześnie ją zakłamuje. Moja babcia, Bożena Hager-Małecka, wróciła z konferencji w Szwajcarii, gdzie dyskutowano o ołowicy. Po przebadaniu pacjentów skierowanych do jej kliniki przez dr Jolantę Wadowską- Król skojarzyła objawy i zdiagnozowała u dzieci z Szopienic ołowicę. Tak zaczęła się ta historia. W książkach przedstawiono ją jako współpracę trzech kobiet, a nie jako "wprowadzenie na minę" Wadowskiej-Król przez demoniczną Hager-Małecką, czyli serialową profesor Berger.
– Przecież to nie jest serial dokumentalny.
– Oczywiście, ale odwołuje się do reportażu Michała Jędryki, który dosyć wiernie opisuje tę historię. Zachowano nazwiska postaci historycznych i uszanowano role, jakie odegrały w tej historii. Jedynym odstępstwem jest Hager-Małecka – zmieniono jej imię, nazwisko i to, co zrobiła. To zabieg wykraczający poza fikcję. Wykreowano nową rzeczywistość. Jeśli historia ma być oparta na faktach, nie piszmy jej od nowa.
– Czy uważa pan, że twórcy nie mieli prawa do takiego zabiegu? Mamy dobrze zrealizowany serial, który opowiada ciekawą historię...
– To pytanie o granice. Czy artysta, sięgając po życiorysy osób z krwi i kości i deklarując, że opowiada prawdziwą historię, ma prawo ją całkowicie odwrócić? Uważam, że w ten sposób można kogoś skrzywdzić. Widz otrzymuje zapewnienie, że ogląda prawdę, a tak nie jest. Ogląda wariację Macieja Pieprzycy na temat rzeczywistych wydarzeń.
– Wszystko, o czym opowiada serial, wciąż pozostaje żywe w pamięci. To na pewno wpływa na pana ocenę.
– Z pewnością towarzyszą mi emocje. Babcia zmarła 10 lat temu, żyją ludzie, którzy ją znali i pamiętają, jak było naprawdę. Dlatego protestują – wiedzą, jaką odegrała rolę.
Opowiadano mi, że mój dziadek, Stanisław Małecki, denerwował się na moją babcię i mówił: "zostaw to, bo nas wszystkich pozamykają". Ryzykowała karierę tak samo jak Wadowska-Król i zasłużyła na to, by pokazać ją zgodnie z prawdą historyczną, a nie jako konformistkę, która sprzedała swoją doktorantkę.Czy dogadywała się z władzą? Tak, jak każdy, kto w tamtych czasach chciał coś zrobić. I rzeczywiście – jak pokazano w serialu – ważną rolę odgrywał Jerzy Ziętek, który roztaczał nad wszystkim parasol ochronny.
Powiedzmy sobie szczerze: 95 proc. widzów po obejrzeniu serialu nie sięgnie po książki, by zweryfikować, co jest prawdą, a co fikcją. Dlatego uważam, że nawet w serialu nie wolno z rzeczywistych bohaterów robić złoczyńców.
– Krystyna Berger jest postacią bardziej złożoną, niż pan mówi. Tłumaczy swoje decyzje, np. gdy Wadowska-Król jest upokarzana podczas obrony doktoratu.
– Nie chodzi mi tylko o mieszanie faktów i fikcji, chociaż akurat ta scena jest wymyślona: oddział dla dzieci rzeczywiście powstał, ale wiele lat później i nie miało to nic wspólnego z doktoratem dr Wadowskiej-Król.To, co mnie oburzyło, to wycięcie prawdziwej Hager-Małeckiej z tej historii.
– W pana domu rodzinnym rozmawiano o tamtych czasach?
– Babcia w ostatnich latach życia opowiadała o swoim ojcu i czasach przedwojennych, ale niewiele mówiła o okresie komuny.Wiem, z czego to wynikało. Jerzy Ziętek, przyjaciel rodziny, po powrocie pradziadka Bronisława Hagera z Anglii uratował go przed więzieniem. Powiedział mu jednak:: "będziesz żył, ale nie śmiej się bawić w politykę, ani się odzywać". Dziadek – oficer, działacz plebiscytowy, poseł na Sejm Śląski – przeżył, ale się zmienił. Stracił wewnętrzny ogień i zaczął gasnąć. Myślę, że to głęboko zapadło babci w pamięć. Jednocześnie miała w sobie przekonanie, że trzeba robić swoje, pomagać.
W książkach, a nawet w serialu "Ołowiane dzieci", pokazano, że ani Hager-Małecka, ani Wadowska-Król, ani nikt inny nie chciał walczyć z komuną. Te kobiety nie dążyły do zamknięcia huty, lecz do ratowania dzieci. Jeśli trzeba było rozmawiać z władzą, szły do Ziętka – to był pragmatyzm.I pewnie dlatego podczas spotkań rodzinnych rzadko wracano do okresu PRL. Opowiadano głównie o czasach przedwojennych, o "glorii i chwale".
– Jednak Bożena Hager-Małecka była obecna w polityce.
– Tak, była posłanką bezpartyjną. Miała dylemat, czy angażować się w politykę – mówiła o tym w wywiadach. Uznała jednak, że skoro może coś załatwić, to dogada się z władzą. I rzeczywiście – dla śląskiej pediatrii zrobiła całkiem sporo. Jej możliwości jako osoby bezpartyjnej były jednak ograniczone, a po śmierci Ziętka jeszcze się zmniejszyły.
– Wracając do serialu – pana wpisy w mediach społecznościowych spotkały się z dużym odzewem. Spodziewał się pan takiej reakcji?
– Zależało mi na tym, by przebiła się prawda, ale nie spodziewałem się tak dużego odzewu. Dziś jeszcze ludzie protestują, pamiętają babcię, domagają się sprostowania. Z drugiej strony pojawiają się już nieprawdziwe wpisy w mediach społecznościowych, że np. była ubekiem.
Za pięć lat tych, którzy pamiętają jej rolę, będzie mniej, a za dziesięć lat wersja Netflixa może stać się powszechna – tak jak przekonanie, że Salieri zabił Mozarta, bo tak pokazano w filmie "Amadeusz".
[ZT]69107[/ZT]
[ZT]69089[/ZT]
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
Elżbieta Kulińska [email protected]