Zespół potrafi też dać show na weselu, ale to już zupełnie inna opowieść . Fot. Archiwum Silesian Brass Quartet
Kiedyś niespodziewanie dali godzinny koncert w kościele. Właśnie tyle czasu panna młoda potrzebowała, żeby ostatecznie zdecydować: wychodzić za mąż czy nie. Innym razem pomylili śluby i zagrali na innej uroczystości, niż zamierzali. Nikt się nie zorientował, dopóki klient nie zadzwonił z pytaniem: gdzie jesteście, wszyscy czekają. Takich historii jest więcej.
Grają na ślubach od kilkunastu lat. Jak mówią, historii nazbierało się już na książkę, którą być może napiszą z okazji 20-lecia istnienia. Silesian Brass Quartet przedstawiać nie trzeba.Ten tarnogórski zespół już dawno przestał być kwartetem (występują też pod szyldem Brass Band). Tworzą go: Rudolf Waloszczyk, Mateusz "Boski" Kalinowski, Daniel Nejman, Olek Koenig i wielu innych świetnych muzyków.
O muzycznych trendach na ślubach, oczekiwaniach klientów i zmianach, jakie zaszły przez lata rozmawiamy z Olkiem Koenigiem.
Grają na życzenie, ale – jak mówi – nie zawsze i nie wszystko. Są pewne klasyki, które można powiedzieć, że muszą się pojawić. "Marsz weselny" Mendelssohna (tradycja europejska) albo Wagnera – anglosaska, co jest widoczne na ślubach mieszanych (z obcokrajowcami). Wtedy wagnerowski marsz jest częstszy.
Czego klient oczekuje? Bardzo dużo wśród tych propozycji jest muzyki filmowej, ale mimo wszystko trzeba wziąć pod uwagę, że w kościołach są dość duże obostrzenia, jeśli chodzi o repertuar podczas mszy.
- Ślub to nie jest koncert życzeń, dlatego gramy pieśni i jakiś ewentualnie jeden powiązany utwór jak np. "Ave Maria no moro" czy "Ave Verum Corpus" Mozarta – mówi Olek Koenig. – Natomiast jest czas przed nabożeństwem i po. Wtedy oczywiście gramy świeckie utwory, jak np. "Alleluja" – dodam, że młodym ludziom, np. naszym muzykom z Małych Kamilianów, tłumaczę, że to nie jest utwór ze "Shreka", ale Leonarda Cohena.
Muzycy nie narzekają na brak pracy. Jak przyznaje Koenig, zespół najwięcej zleceń ma właśnie na oprawę muzyczną ślubów. Przez te lata było ich kilkaset.
Jakie są trendy? Mają na to wpływ filmy romantyczne. Na ślubnej modzie swoje piętno odcisnął hit sprzed lat "To właśnie miłość". Kto oglądał, na pewno pamięta scenę, w której niespodziewanie pojawiają się muzycy w kościele – to jak ślubny flash mob. Ta scena wywarła duże piętno na ślubnej modzie muzycznej.
– Naszym ważnym kawałkiem jest "Shepherd" ("Pasterz"). To jest utwór, który był w "Kill Billu" i to zazwyczaj gramy na wejście. Wszyscy przy tym płaczą: wszystkie babcie, ciotki – śmieje się nasz rozmówca. – Jako człowiek uczuciowy też się wzruszam, chociaż raczej wtedy, gdy to uroczystość przyjaciół. Kiedyś graliśmy też utwory z "Misji", ale film się już zestarzał i dziś ich nie ma.
Czy mają silną konkurencję? – Niezbyt. Dużo jest zespołów smyczkowych, a my, na Śląsku, lubimy instrumenty dęte, ciągle jest w nas obecna ta śląska tradycja dętego muzykowania – mówi.
Przez te kilkanaście lat wydarzyło się tyle sytuacji, że wiele z nich aż prosi się o opisanie. Jak ta, gdy muzycy pomylili nazwę i ulicy, i miejscowości. Jadąc na miejsce, trafili na pięknie ustrojoną posesję i uznali, że to adres, pod którym mają zagrać. Nie spodziewali się, w jakim dużym są błędzie. Nikt nic nie zauważył, bo nie było wiadomo, kto zamówił orkiestrę – a zamawiają wujkowie, znajomi, przyjaciele i to często jako niespodziankę. Dopiero telefon z pytaniem, kiedy będą, wyprowadził ich z błędu.
Była też sytuacja, gdy panna młoda nie chciała wejść do kościoła.
– My stoimy na chórze, nie widzimy, co się dzieje, czekamy na znak. Gramy raz, drugi, ludzie się kręcą... mija pół godziny, a my wciąż gramy – opowiada Koenig. – W końcu przychodzi ojciec panny młodej i mówi, że córka nie jest pewna. "Grajcie, ja wam zapłacę" – mówi do nas. Graliśmy godzinę, do ślubu doszło i – z tego, co wiem – para jest małżeństwem do dzisiaj.
[ZT]68330[/ZT]
[ZT]68357[/ZT]
[ZT]68342[/ZT]
Elżbieta Kulińska [email protected]