Po tamtych latach zostały jej dwa obrazki, które dostała od hrabiny Fani z okazji I Komunii św., kilka fotografii i piękne wspomnienia. Urszula Skrabaczewska jest córką Józefa Mikulli, wieloletniego nadogrodnika hrabiego Łazarza Henckel von Donnersmarcka. W Nakle Śląskim bawiła się z dwójką jego dzieci, razem z nimi uczęszczała do tarnogórskiego gimnazjum. — Wszyscy, którzy przed wojną pracowali u hrabiego, prowadzili dostatnie życie — opowiada.
Artykuł archiwalny Jarosława Myśliwskiego opublikowany w Gwarku w 2012 r.
— Oni wszyscy byli bardzo przystojni. I kulturalni, nie wywyższali się, nikogo nie poniżali — Urszula Skrabaczewska wspomina arystokratów z Nakła Śląskiego. — To było towarzystwo międzynarodowe, w domu zwykle rozmawiali po angielsku — dodaje.
Najstarszy z Henckel von Donnersmarców, którego pamięta, to hrabia Edwin. — Byłam dzieckiem, kiedy zmarł, pamiętam jego pogrzeb. Bardzo dużo ludzi przyjechało do Nakła Śląskiego, w tym wielu arystokratów.
Spoczął w mauzoleum przy kościele w Nakle Śląskim. Tam również pochowano jego małżonkę Wilhelminę. — Gdy pod koniec wojny zbliżał się front radziecki, hrabia Łazarz wyjeżdżał na Zachód i chciał zabrać mojego ojca wraz z rodziną. Gdy ojciec postanowił, że zostaną, hrabia poprosił, aby opiekował się mauzoleum — wspomina Urszula Skrabaczewska.
Ale kontakt się nie urwał, arystokraci pamiętali o swych dawnych pracownikach. Z Zachodu przychodziły listy, paczki świąteczne i pieniądze. W szarzyźnie PRL-u były okazją do wspomnień o pięknych czasach.
Dostatnie życie
— Wszyscy pracownicy hrabiego mieli mieszkania, za które nie płacili czynszu, a co trzy lata ekipa malarska odnawiała wszystkim pokoje za darmo. My mieszkaliśmy naprzeciwko pałacu w tzw. domu kawalerskim. Mieliśmy 5 pokoi z kuchnią i łazienką. Naprzeciwko było biuro hrabiego. Budynki zachowały się do dzisiaj, ale są bardzo zniszczone. Po wojnie przejęła je szkoła, w której ojciec był instruktorem. Znajdował się tam internat — opowiada pani Urszula. — Wszyscy, którzy pracowali u hrabiego, prowadzili dostatnie życie. Nie płaciliśmy za energię elektryczną, za wodę, był deputat węgla, ziemniaków, mąki, ziarna. Mieliśmy chlewiki i wszyscy pracownicy chowali sobie kury, kaczki, gęsi. Pracownicy dostawali pensję, a na święta była zawsze "trzynastka".
Właściciel rezydencji dbał także o emerytowanych pracowników. Pani Urszuli zapadł w pamięć jeden z ogrodników, który z uwagi na wiek już nie pracował i mógł do końca życia mieszkać w budynku znajdującym się przy bramie.
Hrabiowie zawsze rano na godz. 7 szli na mszę św. do kościoła. W prezbiterium siadali w swojej loży, której już teraz nie ma. Potem zwykle wybierali się na konną przejażdżkę do lasu. — Ojciec opowiadał mi, że kiedy otwierano bramkę, czekali tam bezrobotni i prosili o pomoc. Hrabia nikogo nie zostawił bez wsparcia. Albo dał jakieś pieniądze, albo kazał się zgłosić do dyrektora jednej z kopalni, które do niego należały.
Po wojnie z arystokratów próbowano zrobić krwiopijców, ciemiężycieli budujących swoje fortuny na wyzysku zwykłych ludzi. Gdy państwo przejęło hrabiowski majątek w Nakle Śląskim i przyjechał sekretarz partii, zaczął przemawiać do zgromadzonych, że teraz będzie nie tak jak kiedyś, gdy byli wykorzystywani przez hrabiego. — Pamiętam, jak ojciec opowiadał, że taki 80-letni staruszek odpowiedział mu po śląsku: Nie, panie sekretarzu, myśmy się dobrze mieli. Zaczął opowiadać o zarobkach i deputatach, ale ludzie go uciszyli. A że to starszy człowiek był, sekretarz tylko machnął ręką.
Na zdjęciu uroczystość bierzmowania w Nakle Śląskim, rok 1934.